Miałem w swoim, nie tak długim, życiu kilka sytuacji, kiedy odnosiłem wrażenie, że życie mi się wali. Oczywiście większość z nich wynikała z młodzieńczej egzaltacji. Ale były też takie, które nawet po latach oceniam jako bardzo poważne

Wiele dni i nocy spędziłem na zadręczaniu się pytaniami “jak to będzie?”. Wiele dni i nocy spędziłem też na wycieraniu palcami paciorków różańca i krzyczeniu do Pana Boga “co Ty robisz?!”

Bo robił mi, moim zdaniem, wtedy, krzywdę. Ale to było głupie myślenie! Bardzo krótkowzroczne.

Po pierwsze dlatego, że to nie Pan Bóg robi nam krzywdę. On często robi wszystko co może (a może wszystko poza łamaniem naszej wolnej woli – tak już sobie założył), żebyśmy sami sobie krzywdy nie robili.

Po drugie dlatego, że On z każdego zła wyciąga dobro. 100% dobra. Najczystsze, obiektywne dobro.

To ze zrozumieniem tych dwóch rzeczy mamy problem, nie z Panem Bogiem.

Mamy problem z tym, że czas postrzegamy jako czas. On istnieje dla nas, ale dla Boga? Też istnieje, ale go nie dotyczy. Czas Boga nie ogranicza. Dlatego wyciągnięte ze zła dobro może być widoczne już jutro, ale też za… 150 lat.

Tylko po co nam dobro, którego prawdopodobnie nawet nie dożyjemy?

Tutaj do akcji wchodzi logika Pana Boga, która często nie pokrywa się z naszą.

Prosty przykład: Pan Bóg mógł odkupić świat na nieskończoną ilość sposobów (teologowie mogą się o to stwierdzenie bić między sobą).

Mógł pstryknąć palcami (gdyby je w ogóle miał), mógł kazać jakiemuś prorokowi zatańczyć gangnam style, mógł odkupić świat JAKKOLWIEK, ale zażyczył sobie ofiary. Ofiary ze swojego Syna i przez Niego złożonej. No przecież to brzmi jak jakieś szaleństwo…

Pan Jezus prosił nawet, pocąc się krwią, żeby Jego Ojciec, jeśli tylko chce, zrezygnował z tego planu. Ojciec nie chciał. Nie dlatego, że jest chorym, sadystycznym zwyrodnialcem, którego bawi ludzkie nieszczęście. On po prostu wiedział, że w taki sposób dokona największego dobra. Wbrew temu co nam się wydaje. Wbrew naszym planom i oczekiwaniom. Wbrew naszym definicjom szczęścia, krzywdy, radości i bólu.

On wie co robi

Nieważne czy chodzi o Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu, nieważne czy chodzi o śmierć niewinnych ludzi, nieważne czy chodzi o niezasłużone cierpienie.

On wie co robi!

Nawet gdy dopuszcza szmatana do działania. Gdy pozwala na jego gierki, patrząc na niego jak rodzic na fochnięte dziecko.

I dzięki temu zbliża nas do zbawienia, czyli de facto do Siebie Samego.

Nam natomiast pozostaje zaciskanie zębów, ocieranie łez i powtarzanie “bądź wola Twoja!”

Co, naturalnie, nie wyklucza krzyku przejęcia “GDZIE TY JESTEŚ?!” Pod warunkiem, ze krzyk ten nie zmienia się w czarną rozpacz, ale bije z niego prośba “daj mi poznać drogi Twoje Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami!”