W wiejskiej parafii na włoskiej prowincji służył proboszcz, który pełnił również posługę egzorcysty. Miał wiernego kompana - prostego, ale pobożnego kościelnego, który nie opuszczał go na krok. Chciał towarzyszyć księdzu nawet podczas egzorcyzmów, na co długo nie otrzymywał zgody. W końcu jednak udało mu się księdza przekonać

Po modlitwie, spowiedzi i przyjęciu Komunii Świętej udali się na sprawowanie obrzędu wypędzania złego ducha. Przed samym rozpoczęciem proboszcz pouczył jeszcze raz kościelnego, aby robił i mówił to samo co on. Egzorcyzm się rozpoczął.

Szatan zaczął z grubej rury skupiając się na tym, co potrafi najlepiej – uderzeniem w pychę. Zwrócił się szyderczo do egzorcysty: „Myślisz, że jesteś święty, skoro przychodzisz mnie wypędzić?”. Kapłan spokojnie odpowiedział: „Nie jestem święty, ale wierzę, że z Bożą pomocą mogę nim zostać”. Wtedy zły duch przeniósł swoją uwagę na stojącego z boku kościelnego: „A ty, skończony idioto, myślisz, że się boję tej wody święconej?”. Na co drżąc ze strachu, ale z pewnością głosie odpowiedział: „Nie jestem skończonym idiotą, ale wierzę, że z Bożą pomocą mogę nim zostać”. Mówią, że wobec pokory i ufności kościelnego demon natychmiast ustąpił.

A ty co? Myślisz, że jesteś taki święty?

— słyszę to pytanie non stop. W różnych wariantach.

Zawsze ma ono funkcję knebla, który ktoś chce mi założyć. Nie mogę zwracać uwagi na to, że aborcja jest złem; nie mogę prezentować nauki Kościoła mówiącej, że przyjmowanie Komunii Świętej przez osoby, które się rozwiodły i żyją w kolejnych związkach jest świętokradcze; nie mogę zauważyć, że jakaś msza została odprawiona z nieposzanowaniem przepisów liturgicznych. I tak dalej. Nie mogę zrobić nic, bo prędzej czy później ktoś spróbuje założyć mi knebel „myślisz, że jesteś święty?” ciesząc się, że spory można wygrywać – w swojej opinii – zadając jedno pytanie.

Protestanci dobrze wiedzieli co robią, kiedy w burzliwych czasach reformacji i kontrreformacji kwitowali starania katolików pogardliwym „o patrzcie, świętszy od papieża!”. Jak gdyby całe zaangażowanie człowieka w dobrą sprawę było niczym w obliczu jego ułomności duchowej czy moralnej.

Uznaję bowiem moją nieprawość, a grzech mój jest zawsze przede mną.

— Psalm 51, 5

Jestem grzesznikiem. Zawalam wiele spraw. Czasami bywają momenty, kiedy myślę, że czego bym nie dotknął, to popsuję. Zawodzę jako człowiek, zawodzę jako wierzący wierzący, zawodzę jako mąż, zawodzę jako przyjaciel, zawodzę jako pracownik. Po prostu zawodzę. Nie zawsze umiem żyć tak, jak chciałbym i postępować tak jak powinienem.

Jednak swoich grzechów, brudów i słabości nie wywieszam na sztandarach pod którymi dumnie kroczę. Piorę je w konfesjonale, nie na ulicach. Za każdym razem szczerze obiecuję chęć poprawy. Nie szczycę się swoimi grzechami i nikomu nie staram się wmówić, że są one dobre. Zamiast szukać dla nich aprobaty robię co mogę, aby pozbyć się ich z mojego życia. Nie szukam usprawiedliwienia w zaniedbaniach innych tylko w sobie. Uznaję swoją grzeszność.

Zdecydowanie nie jestem święty. Ale wierzę, że z Bożą pomocą mogę nim zostać.