Nie są autorytetami z ludzkiego wskazania. Nie są też autorytetami, bo wymaga tego hierarchia czy konwenans. Są autorytetami weryfikowalnymi, sprawdzonymi w ogniu, krzykach i łzach

Moi rodzice nie są ludźmi, którym świat stawiałby pomniki

Nie ściągają na siebie wzroku, nie brylują w towarzystwie, w słowach są raczej oszczędni. Więcej słuchają niż mówią, ale gdy już coś powiedzą, to bije z tego mądrość. Jakby każde wypowiedziane słowo było rozważane przynajmniej 100 lat.

Moi rodzice nie są ludźmi, którym świat stawiałby pomniki

Nie zatrzymują się na słowach, traktują je jako początek działania. Gdy mówią o uczciwości – pokazują ją w działaniu, do bólu, nawet gdy bardzo się to nie opłaca. Gdy dają sławo – dotrzymują go, choćby nie wiadomo jak byłoby to ciężkie. Gdy mówią o miłości – praktykują ją, dzielą się nią, z sobą nawzajem, ze swoimi dziećmi i każdym, kto jej potrzebuje.

Moi rodzice nie są ludźmi, którym świat stawiałby pomniki

Pomagają wiele, choć w spektakularnej ciszy, nie wymagając doceniania swoich zasług, aplauzu, poklepywania po ramionach. Każdy huk wbijanego w ścianę gwóździa, każdy krzyk bólu umierającej osoby absorbują swoją wewnętrzną ciszą, traktując swoją pracę jak służbę – Bogu, rodzinie i, tak zwyczajnie, drugiemu człowiekowi.

Zazdroszczę i podziwiam ich spokój i ciszę. Mimo, iż wiem gdzie jest ich źródło, to wciąż jakoś tak ciągle po omacku staram się do niego dotrzeć.

Pamietam swój ostatni dzień w rodzinnym domu. Wyjeżdżając na studia, biegając po całym mieszkaniu z kartonami pełnymi ubrań i innych mało istotnych rzeczy zastanawiała mnie ich bierność. Nie było zwyczajowego w tego typu sytuacjach „weź jeszcze jeden ręcznik” czy „nie chcesz więcej skarpet”? Aż do pewnego momentu, gdy Tata postawił na stole krzyż i zapalił świecę. Cała rodzina, jak często, została zwołana do stołu. Modlili się za mnie. Czuliśmy chyba wszyscy, że gdy opuszczę dom, to już raczej nigdy nie wrócę do niego, jako stały domownik.

Wydaje się to bzdurą, ale rzeczywiście: zaczynałem wtedy swoje dorosłe życie. Mogłem w nie wejść bez ręcznika, ubrań i jedzenia, ale nie bez błogosławieństwa: Boga i rodziców. Nie pozwolili mi opuścić domu bez świadomości, że jestem otoczony modlitwą. Nie robili tego nachalnie, głośno czy z fajerwerkami, bo oczywistych, naturalnych rzeczy się tak nie robi.

Moi rodzice to autorytety najwyższej próby, bo wszystko co budują, budują na Bogu

Nie tylko w słowach. Nie tylko, gdy jest dobrze. Nie tylko, gdy jest źle. Po prostu zawsze. Nauczyli mnie i moje rodzeństwo, że nawet wyjście do sklepu po bułki godne jest zawierzenia tej sześćdziesięcio sekundowej wyprawy Bogu słowami „zostańcie z Bogiem”, gdy reszta domowników odpowiada „idź z Bogiem”.

Moi rodzice nie są ludźmi, którym świat stawiałby pomniki

I dobrze. Mam nadzieję, że na nich czeka inna nagroda.