“Z męskimi japonkami jest jak z Mszą Trydencką w katowickiej katedrze: nie ma czegoś takiego” – mógłby powiedzieć ktoś złośliwy (no dobra, złapaliście mnie na gorącym uczynku). Co nie zmienia faktu, że niektórzy przedstawiciele ludzkości z chromosomem Y popylają w nich (w japonkach, ma się rozumieć) po miastach i wsiach. Dziwne to, ale ani mnie ziębi, ani grzeje. Co najwyżej obraża moje uczucia estetyczne

Ale już bankowo grzeje mnie wchodzenie do sklepów z odzieżą. Pół biedy, kiedy robię to ze swoją dziewczyną – wtedy zawsze mogę powiedzieć, że zabłądziłem. Bo jak – do dziewięciu chórów anielskich – rozpoznać tam, które ubrania są dla kobiet, a które dla mężczyzn?

Jakiś czas temu ktoś nam, moi mili, zaserwował upadek męskości.

Ale nim dojdę do sedna chciałbym wyjaśnić kilka rzeczy:

  • Nie jestem typem macho. Nie mam bica jak Stallone w czwartej części Rockyego, ani klaty Christiana Bale’a z Mrocznego Rycerza.
  • Uważam, że mężczyzna powinien o siebie dbać. Sam się staram, choć jestem gdzieś pośrodku skali, gdzie jedynką jest typek raz w tygodniu psikający się najtańszym dezodorantem (zamiast kąpieli), a dziesiątką, czyli facecikiem spędzającym dnie na kąpielach solankowych, wertowaniu katalogów z kosmetykami i wcieraniu w gębę kremów przeciwzmarszczkowych.

No, to teraz do sedna:

Od jakiegoś czasu publicyści, socjologowie (hehe) i prosty lud załamują ręce, bo na ulicach miast częściej widać chłopców o posturze anorektyka niż faceta wyglądającego jak – wspomniany wcześniej – Sylvester Stallone za czasów swojej świetności. Prężne muskuły zostały zamienione na kobiece ciuszki, a blizny na tatuaże z jaskółkami czy innymi motylkami. Tylko, że mało kto zauważa, że to nie jest przyczyna tylko skutek ogólnego zniewieścienia, który jak prawie wszystko na świecie ma swój początek w głowach.

Mężczyźni zostali wykastrowani mentalnie. Sprawiono, że wszystkie wartości, którymi powinni żyć (a które, upraszczając, można sprowadzić do dwóch fraz: Bóg, honor, ojczyzna oraz Wybudować dom, spłodzić syna, zasadzić drzewo) poszły w piach. Nie ma już punktów odniesienia, nie ma idei, nie ma świętości. Jest YOLO, melanż i róbta co chceta. Piramida wartości została zniszczona a jej resztki porozrzucano po świecie jak części Sagali.

I są dwie skrajności: zniewieściałe mięczaki (żeby nie napisać gorzej) i bezmózdzy troglodyci. Jedni noszą apaszki, czytają katalogi Oriflejmu i pachną goździkami a drudzy noszą bejsbole, nic nie czytają a z kwiatami mają do czynienia tylko wtedy, gdy z pomocą głowy zrobią z butelki tulipana.

Nie ma idei, ideałów, czegoś wznioślejszego. Czegoś za co – może patetycznie to zabrzmi, ale taka prawda – być może kiedyś trzeba byłoby oddać życie.

No bo za co? Za rodzinę? E, po co komu rodzina? Przecież jestem takim indywidualistą! A jak już będę miał to żonę zdradzę. YOLO! Przygoda! Melanż trwa w najlepsze.

Oddać życie za przekonania, za wolność? Pff… Po co oni w tym Powstaniu Warszawskim walczyli, frajerzy. Siedzieć mogli na dupach, pokornie robić co się od nich wymagało i jakoś by to było.

W mężczyznach nie ma już dzikości, nie ma niezależności (takiej prawdziwej, niekoniecznie przejawiającej się w słuchaniu albańskiej poezji śpiewanej). Brak też poświęcenia. Coraz mniej ojców jest w stanie dać swojemu dziecku kilkanaście minut w ciągu dnia, coraz więcej małżeństw kończy się rozwodami i coraz więcej facetów skacze w bok. To jest tragedia. I my, mężczyźni, musimy coś z tym zrobić, bo na naszej warcie wyrośnie pokolenie ofiar losu.

Nie możemy opuszczać głowy i spuszczać z tonu. Garda wysoko. Wstawać mimo wielu porażek. Bo porażki też są częścią życia mężczyzny, musimy czasem porwać się na coś, co teoretycznie nas przerasta.

Pavel Nedved, zawodnik Juventusu, spytany o to dlaczego wzorem swoich (byłych już wtedy) kolegów nie opuścił drużyny, gdy ta została zdegradowana ligę niżej odpowiedział dziennikarzowi:

piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają.

Daj Boże żebyśmy nie byli piłkarzami.