Miałem sześć lat. Najpopularniejszą na naszym osiedlu zabawą było bujanie żeliwnej huśtawki do rury. Pewnego razu między dwoma prętami znalazł się mój palec. Został kompletnie zmiażdżony. Krew lała się strumieniami a paliczek trzymał się na strzępach skóry.

W totalnym szoku biegałem po całym osiedlu drąc się “BOŻE! JA NIE CHCĘ UMIERAĆ!”. Dopiero po dłuższej chwili mój sześcioletni mózg zaczął w miarę poprawnie funkcjonować i pobiegłem do domu. Szybka szpitalna akcja, kilkanaście szwów, parę godzin szycia. Do dzisiaj czucie w tym nieszczęśliwym palcu mam minimalne. Ale koniec końców przeżyłem.

To nie było ostatnie wołanie do Boga, aby ocalił moje życie.

Sześcioletni ja wołałem całkiem serio; naprawdę bałem się, że to już mój koniec. Głupie to i dziecinne, ale wtedy byłem i dzieckiem, i głupi. Od tego czasu wiele się nie zmieniło. Dzisiaj już raczej wołanie z prośbą o ocalenie życia jest raczej metaforyczne. To znaczy wołanie jest realne, ale nie do końca chodzi o utrzymanie przez organizm konkretnych procesów życiowych.

Doskonale znam to uczucie, gdy zupełnie zimny szpikulec strachu przebija serce i nie pozwala spać po nocach.

Doskonale znam to uczucie, gdy patrzy się nocą w sufit i zadręcza pytaniami w stylu “jak ja zapłacę kolejny czynsz?”.

Doskonale znam sytuację, gdy jeden pasztet je się przez dwa dni, dodatkowo na współę z kotem i przez miesiąc pije jedynie wodę z kranu.

Doskonale znam uczucie wstydu i zakłopotania, gdy trzeba zadzwonić do rodziców albo znajomych z prośbą o pożyczenie pieniędzy.

Dziwnym trafem większość tego paraliżującego strachu atakuje nocą. Widzę to i bardzo metaforycznie, i bardzo realnie: władca ciemności rozpyla strach. Naszym głupim zwyczajem, choć pewnie jakoś usprawiedliwionym, jest wpadanie w panikę. I zazwyczaj właśnie na tym sytuacja się zaczyna i kończy. A to bardzo niedobrze.

Trzeba upaść na kolana i prosić Boga o ratowanie życia, które wydaje się być w rozsypce. Zamiast biegać po osiedlu, zamiast narzekać, marudzić, drżeć o przyszłość i nie spać po nocach trzeba paść na kolana i krzyczeć “Boże! Ja nie chcę umierać!” A On zadziała. Czasami może się wydawać, że wolno, ale zadziała. Bo “choćby mnie zabił Wszechomcny – ufam!” (Księga Hioba 13. 15)